25 maja 2012

Kobiety pracują


Autor: Zosia

Zmagająca się z egzaminami Magda przypomina mi siebie, dokładnie rok temu. Pamiętam upalny maj, czerwiec i ja. Egzaminy, projekty, zaliczenia i do tego pisanie pracy magisterskiej. Przeklinanie uczelni, stres i strach, że się nie uda, że czas ucieka. 
Udało się. Od prawie roku jestem magistrem. Magda! I Tobie się wszystko pięknie uda.

Skąd ta krótka dygresja na wstępie? Ostatnio zaczęłam się zastanawiać co było gorsze (lepsze?) - studia czy praca? Od ponad miesiąca jestem na praktykach w nowej pracy. Na razie to niby tylko praktyki, ale zakres obowiązków dość obszerny i praca w normalnym zakresie godzin. Poniedziałek - piątek w godzinach od 9 do 17. Każdego dnia siedzę przed komputerem i działam. A przecież jeszcze niedawno mówiłam, że nigdy nie będę miała takiej pracy. 
A jednak. Jest fajnie, szykuje się też ciekawy służbowy wyjazd do Stanów (przez który ominie mnie półmaraton w Śremie, w którym miałam nadzieję pobiec razem z Magdą) ale zaczyna brakować mi czasu. 
A brak czasu oznacza również mimowolnie brak biegu. Co prawda robię wszystko, aby praca nie 'odebrała' mi mojej pasji, mojej biegowej wolności - ale może same wiecie, nie zawsze mi się udaje. Oczywiście, mogłabym wstawać skoro świt i biegać przed pracą ale, jak wstawać wcześniej skoro i tak śpię po 5, 6 godzin i wiecznie brakuje mi snu. Mogłabym biegać wieczorem, ale sama w parku, wieczorem? Biegając chcę odpocząć, a wiem, że czuję się wtedy mało komfortowo więc i to odpada. Brak biegu oznacza coraz większą frustrację i tak w kółko Macieju.

W niedzielę czeka mnie półmaraton w Tarnowie Podgórnym, na który zdecydowałam się bardzo spontanicznie. Wiedząc, że nie pobiegnę w Śremie nie chciałam rezygnować 
z możliwości wzięcia udziału w biegu. Dzień wcześniej mam urodziny, więc będzie to pierwszy bieg w moim 26. roku życia ;) Powiedzmy, że będzie to taki mały, osobisty prezent.

Mam nadzieję, że tam wyżyję się, pozbędę wszystkich frustracji związanych z NIEbieganiem, przygotuję psychicznie na długi lot, którego się boję. Mam nadzieję, że dobiegnę skoro ostatnio tak mało biegam.

23 maja 2012

Bo najważniesze, to mieć plan


Autor: Magda

Dużo się dzieje ostatnio. A dziać ma się jeszcze więcej, przede wszystkim na blogu, ale póki co spuszczamy kurtynę milczenia.

Z biegowych wieści donoszę, że:

biegam skandalicznie mało (ostatni tydzień zamknął się w 18 km), bo
w wolnych chwilach zakuwam do egzaminów (odliczam do 20 czerwca)
biegam za to znacznie szybciej (a wystarczyło skalibrować najk plusa, żeby pokonywać kilometr średnio w ponad 4 min nie przekraczając cholernych 6 minut.)
bieganie w takich upałach przyprawia mnie o palpitacje serca
zwiększona podaż pustych kalorii, których nie nadążam spalać zaczęła iść
w przeklęte boczki
9 czerwca chcemy pobiec w półmaratonie w Śremie 
23-24 planujemy nocny maraton w Bydgoszczy 
1 lipca prawdopodobnie jedziemy na Parszywą Dwunastkę do Zielonej Góry  
Poza tym mam fantastyczne plany niebiegowe na czas pod tytułem roboczym Po Obronie: nadrabianie zaległości książkowych, kinowych i jeden wciągający serial na tapecie. Co do wciągających seriali w czasie sesji mam już doświadczenia. Dwa lata temu usidlił nas rewelacyjny Nip/Tuck, a rok temu jeszcze lepszy Californication. W tym roku wleci Mad Men, ale z premedytacją czekam na egzamin końcowy, co by się nie wciągać.

Z okazji Notorycznego Niedoczasu, przedstawiam Wam składniki na superszybką sałatkę, którą ostatnio często uskuteczniam:

- miks sałat
- pomidorki koktajlowe
- ser typu feta
- kawałki tuńczyka w oleju
- zielone oliwki
- grzanki
- pestki dyni
- ulubione zioła zmieszane z oliwą z oliwek lub olejem lnianym


13 maja 2012

W niedzielę rano.


Krótka, pozbawiona polotu relacja z biegu 10 km Chevrolet Szpot Swarzędz (kreatywność dzisiaj jest w stanie spoczynkowym). 
Kiedy o 6 rano wybił alarm budzika, bezczelnie go zignorowałam, darowawszy sobie jeszcze godzinę snu.
O 7. obudziłam się sama z siebie i był to deadline, jeśli chcięliśmy się ze wszystkim wyrobić.

Do Swarzędza mamy żabi skok, a w niedzielę rano trudno o korki. Wyruszyliśmy 
z marginesem na szukanie biura sportowego (niepotrzebnie). Ponieważ jestem Mistrzynią Stroju Nieadekwatnego do Aury, także i tym razem chybiłam w jego doborze bo odstrzeliłam się w króciutkie spodenki i bluzę. Jak nietrudno się domyślić, trzęsłam się później jak galareta. Na hali spotakaliśmy się z Zosią i Michałem. Absolutnie nie chciało nam się wyściubić nosa na zewnątrz. Start przewidziany był na 10, a my stawiliśmy się na jego linii o 9.35 i cała nasza grupa zrezygnowała z rozgrzewki.

Równo o 10 strzał z czegoś, co dźiwiękiem przypominało bardziej armatę (u mnie stan przedzawałowy) niż pistolet, zainicjował bieg. Ruszyłam spokojnie, sukcesywnie zwiększając tempo. Pierwszą połowę określiłabym jako zachowawczą. Siły rozłożyłam tak, aby mieć ich spory zapas na pozostałe 5 km. Wiedziałam bowiem, że czeka mnie trudny podbieg na 7. km. Na ostatnim kilometrze biegłam na pełnej mocy, bo wiedziałam, że uda mi się złamać 50 min.
Na metę wpadłam z czasem netto 00:46:14, ale czułam, że mogę biec dalej.

Zosia, której dzisiejszy bieg również przyniósł życiówkę do 4-5 km zmagała się bólem lewej piszczeli. Wpadła na metę czasem 00:49:26. Zgodnie przyznałyśmy, że pogoda bardzo nam pomogła w osiągnięciu wymarzonych wyników .

Trasa: z podbiegami, ale jak wiadomo każdy podbieg ma swój zbieg. Poza tym bez większych trudności.

Organizacja: trochę się zdenerwowałam, ponieważ rano nie było mnie (Zosi zresztą też) na liście startowej, a nie miałam potwierdzenia zapłaty. Nie było jednak większych problemów z odbiorem pakietu startowego. Po biegu, w dużym namiocie, odbył się event z częścią artystyczną, dekoracją i losowaniem nagród (my wylosowaliśmy 7 – dniowy free pass do jednego z poznańskich fitness klubów). Dopisała także frekwencja – bieg ukończyło ponad 600 osób.

Post scriptum. Jeszcze rok temu NIKT wołami nie wyciągnąłby mnie z łóżka o 7 rano 
w niedzielę na 10 km energicznego biegu. Dzisiaj robię to z własnej woli.
I am addicted.

Cześć! Nie wyglądamy dziś przesadnie ładnie :)

12 maja 2012

Idą zmiany!


Z największą przyjemnością niosę wieść, że od teraz treści na bloga współtworzyć będzie ze mną Zosia, której twórczość mogliście poznać, kiedy relacjonowała dla Was maraton w Barcelonie.

Tym samym nieśmiało zapowiadam, że już niedługo zajdą spore zmiany na blogu, a jak zmiany to tylko na lepsze! Więcej informacji o nowej Autorce znajdziecie w zakładce O nas.

8 maja 2012

No to RUN!


Analizując moje dotychczasowe starty i wyniki, a także opierając się na czysto subiektywnych odczuciach moim faworytem wśród dystansów jest półmaraton. Choć nie jest on tak szlachetny jak 42195 metrów, a ludzie na dźwięk o nim nie zbierają szczęk z podłogi, to mam do niego spory szacunek.
Śmiać mi się chce, gdy niektórzy pytają, ile to jest PÓŁMARATON (naprawdę pytają).
Półmaraton to jest pół maratonu, a więc 42195 podzielone przez 2. Tę magiczną dla wszystkich biegaczy liczbę wtłacza się dzieciom na lekcjach historii już w podstawówce. Ale do sedna. Boję się maratonów i naprawdę uważam, że ten pierwszy poszedł zbyt łatwo. Byłam przygotowana na katusze, na ból i łzy. Sądzę więc, że jeszcze przyjdzie mi poznać prawdziwe, to gorsze oblicze królewskiego dystansu. Koniec dygresji.

Piszę o tym bo układam w głowie plany biegowe na nadchodzące półrocze.
Na pewno będzie 13. Poznań Maraton. Wcześniej wpadnie półmaraton, może nawet dwa. No i jakaś dycha. Bardzo poważnie rozważam udział w VII Nocnym Maratonie Kanału Bydgoskiego. (noc z 23 na 24 czerwca) – chodzi o przygodę 
i przetruchtanie w limicie czasowym (6h).

Po tygodniowej przerwie, spowodowanej dzieleniem moich dróg oddechowych z milionami bakterii, wróciłam do biegu. Właśnie tego mi było trzeba. Czuję oczywiście spadek formy, ale czerpię wprost nieopisaną radość z biegania. A z nowymi butami się docieramy.

Powoli też klarują się plany wakacyjne, ale póki co zdradzę, że będzie to miejsce, które można zwiedzić biegając. Taki wrześniowy wojaż, na pewno byłby doskonałym zwieńczeniem przygotowań do maratonu. Jeśli zaś mowa o przygotowaniach. Owszem, chciałabym złamać 4 godziny, ale na chwilę obecną nie jestem bardzo zdeterminowana. Nie mam też w planach planów treningowych. Plany nie są dla mnie. Żeby je zrealizować, musiałby stać nade mną jakiś szczególnie okrutny i do bólu egzekwujący KTOŚ. Takiego Ktosia brak. I bardzo dobrze.


5 maja 2012

Nieżyciówka



To miał być bieg, w którym pęknie przeklęte 50 min. Czułam się dobrze przygotowana do tej życiówki. Wciąż jeszcze towarzyszyła mi forma szlifowana do półmaratonu. Nieszcześliwie, zwiastuny przeziębienia towarzyszące mi od początku zeszłego tygodnia, przeszły jednak do ofensywy. I tak w niedzielę rano obudziło mnie pełne słońce i pełen kataru nos. Dokonałam wszystkich przedstartowych rytuałów i ruszłam na miejsce zbiórki. Była to moja pierwsza impreza biegowa na tym dystansie. Jeszcze przed strzałem z pistoletu inicjującym bieg, na mojej twarzy pojawiły się kałuże potu. Wystartowałam nad wyraz dobrze i trzymałam poziom do 2. km. Później było już znacznie gorzej. Do tego stopnia, że po raz pierwszy chciałam zejść z trasy. Od 5 km. aż do końca zatrzymałam się chyba 10 razy (po trzecim już przestałam liczyć), a jestem przeciwniczką przechodzenia do marszu i nigdy tego nie robię! Po raz pierwszy bieg nie sprawiał mi żadnej przyjemności.

Przy końcówce niesiona na fali dopingu wykrzesałam z siebie trochę energii na sprint, ale to było wszystko. Na metę wpadłam po 53 min. i 49 s, całkowicie wykończona. Regeneracja zajęła mi kilka  następnych godzin, w których przyszło mi zmierzyć się z dreszczami, bólem żołądka, katarem i ogólnym rozbiciem.

Z moich majówkowych ambitnych planów biegowych nic nie wyszło. Od tygodnia nie nabiłam na liczniku ani jednego kilometra, wszystkie siły koncentrując na walce z przeziębieniem. Pierwsze spokojne rozbieganie po przerwie zaplanowałam na jutro. Myśl o biegu motywuje tym bardziej, że czeka mnie debiut w nowych butach, co do których mam bardzo wysokie oczekiwania. 




Z najstarszą uczestniczką - przemiłą Panią Marią

Takie tam pozowane

Podopieczni